Dlaczego czasem warto wyjść z siebie ?

W życiu bywają takie chwile, kiedy mamy wszystkiego kompletnie dość. Ciśnienie, jakie temu towarzyszy, niemal rozsadza nas od środka. Wszystko nas denerwuje. Nie mamy siły jeść, ani pić. Sen przestaje być odpoczynkiem, a zamienia się w męczarnie i oczekiwanie na świt. W głowie, mamy galopujące stada negatywnych myśli, a przed oczami same najczarniejsze wizje. Dopada nas długotrwałe zmęczenie. Nogi, ręce i głowa odmawiają posłuszeństwa. Jedyne o czym marzymy, to o rzuceniu wszystkiego w cholerę, spakowaniu plecaka i podróży bez celu.

Nic w tym dziwnego. Znajdując się w sytuacji kryzysowej, do której wpadliśmy aż po same uszy, to czego pragniemy najbardziej na świecie, to właśnie spokoju. Chcemy, żeby wszystkie problemy rozwiązały się same, obowiązki wykonał za nas ktoś inny, a wszyscy denerwujący nas ludzie po prostu zniknęli. W pewnym momencie, narastająca w nas frustracja sięga zenitu. Nie dajemy już rady kontrolować swoich myśli, wypowiedzi ani zachowania. Popadamy w nieco teatralną rozpacz, podsycaną morzem łez i całą listą bardzo brzydkich słów wyrzucanych w przestrzeń.

I wiecie co? I bardzo dobrze.

Sama niejednokrotnie byłam w takiej sytuacji. Od lat wplątuje się w takie kombinacje pracy i nauki, że w pewnym momencie zaczynam cierpieć z powodu wiecznego niedoczasu. W chwilach, kiedy ilość rzeczy do zrobienia rośnie, a wskazówki zegara przesuwają się coraz szybciej, zaczynam świrować. Zamiast motywacji do działania łapie „doła”, wszystkie czynności wykonuje dwa razy wolniej, zaczynam się stresować i obrażam się na cały otaczający mnie świat. (A zwłaszcza na tych wrzucających zdjęcia ze spotkań towarzyskich i podróży, podczas gdy ja gniję w pracy lub w domu).

Wtedy właśnie wychodzę z siebie, i kompletnie przestaję kontrolować swoje zachowanie. Dużo płaczę (ze złości), nadużywam wulgaryzmów (tylko we własnym pokoju), rzucam notatkami (opcjonalnie książką, czy poduszką), tupię nogą (głośno)… i siadam na czterech literach, z myślą „aleś ty głupia”.

Dlaczego?

A właśnie dlatego, że dopiero kiedy osiągam pewną granicę wytrzymałości, orientuje się, że to ja sama w 90% się nakręcam, karmię negatywnymi myślami i podsycam swoją złość. Nagle okazuje się, że jak odpuszczę jeden dzień i zrobię sobie wolne „od życia”, poświęcając czas kontemplacji natury czy literatury, NIC, ale to zupełnie nic się nie dzieje. Pytam więc, po co? Jaki sens ma ten nasz idiotyczny bieg za „czymś”, czego nawet nie potrafimy zdefiniować. Branie na siebie więcej, niż jesteśmy w stanie znieść, to najprostsza droga do depresji, zawału czy nerwicy. Ten brak wyznaczenia sobie granicy, prowadzi do tego, że w pewnym momencie mamy wrażenie, ze pracujemy na pełnych obrotach 24/h przez siedem dni w tygodniu, całkowicie zapominając o sobie.

Wiem  również, że spowolnienie biegnącego czasu nie jest możliwe. Jak bardzo człowiek by się nie starał, koniec końców i tak z nim nie wygra. To co można jednak zmienić to sposób,w jaki powinniśmy go zagospodarować.,,

I właśnie w tym celu, należy czasem wyjść z siebie. Po to, by wyrzucić wszystkie negatywne emocje poza głowę oraz ciało, i spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy. Być może istnieją sprawy mniej ważne, które zaprzątają nam głowę, a są zupełnie nieistotne. Nie jest to wyłącznie moje zdanie, ale także wielu mądrych ludzi, którzy doszli do tego samego wniosku lata temu:

80% rzeczy, których się obawiasz nigdy się nie wydarzy, na 12% nie masz wpływu, a z pozostałymi świetnie sobie poradzisz. Maxie C. Maultsby

Dziewięćdziesiąt procent naszych zmartwień dotyczy spraw, które nigdy się nie zdarzą Margaret Thatcher

Nie lepiej więc nabrać dystansu, po to, by ustalić priorytety i znaleźć nieco czasu dla siebie? Życie w nieustannym stresie i poczuciu, że tyle rzeczy jest do zrobienia, nie jest ani zdrowe ani szczęśliwe. A o co, jak o co, ale o zdrowie dbać trzeba. Koniecznie.

Warto więc nie tylko na chwilę się zatrzymać, ale co więcej, poważnie zastanowić się nad tym, co jest dla nas w życiu najważniejsze. Może być tak, że człowiek zaharowuje się dniami i nocami, nie wykonując nawet pół kroku, w kierunku spełniania marzeń. To niesamowicie smutne i przykre, że potrafimy poświęcać całe życie na coś, co nie daje nam żadnej radości. Przecież życie jest jedno, dni pędzą jak szalone, a lepiej ogarnąć się nieco wcześniej, niż na starość z przysłowiową „ręką w nocniku”

Nie bądź samolubem i podziel się z innymi:

12 Komentarzy

  • Świetny tekst. To prawda, że sami kontrolujemy swoje emocje i sami tworzymy swoją rzeczywistość, ale mieć emocje nie oznacza sztucznego optymizmu. Doświadczamy różnych emocji i warto je uznawać na bieżąco i tak własnie przeżywać – ze świadomością że są, że je widzimy i uznajemy, i że ostatecznie nie czepiamy się ich kurczowo, tylko dajemy im przeminąć i przepłynąć przez nas. A my z nową energią możemy przyjść do siebie i znów zacząć ogarniać naszą rzeczywistość 🙂 Wewnętrzny spokój jest na wagę złota, warto go sobie wypracować. Pozdrawiam 😉

  • Ja bardzo często wychodzę z siebie i wrzucam na luz. W sumie zawsze tak robiłam. Szkoda mojego zdrowia na cudze pretensje do mnie, bo to oni mają problem, nie ja. Dzięki temu w moim otoczeniu są sami życzliwi dla mnie ludzie, z którymi razem się wspieramy i wiem, że w sytuacji kryzysowej (takim naprawdę kryzysie, a nie wydumanym „bo ja sobie nie poradzę”) wystarczy złapać za telefon nawet w środku nocy.

  • Świetny tekst. Moja dziewczyna jest idealnym przykładem osoby, która bierze na siebie stanowczo za dużo obowiązków, ale jest strasznie uparta i ciężko jej przetłumaczyć, że nie musi sama robić tylu rzeczy i stresować się tym wszystkim.

    • To takiej dziewczynie trzeba pomagać i ją wspierać 😉 A kiedy przesadza ze wszystkim, zabrać ją na lody i gofry, żeby nie zapomniała, że żyć też trzeba ;P

  • To nie o to chodzi ,że jest tyle rzeczy do zrobienia , bo sami sobie je narzucamy,
    ale o to chodzi ,że świat zewnętrzny narzuca i z niczego nie możesz zrezygnować .
    Obserwuję teraz tak,ą miotającą się i przepracowana dziewczynę,
    pracy nie rzuci, dzieci nie wyrzuci , dom z grubsza musi ogarnąć
    i nie ma koto jej pomóc.
    Ja sama czasami mam nadmiar obowiązków takich na ostatnią chwilę ,
    których nie da się odłożyć…

    • To prawda. Świat narzuca nam ogrom obowiązków… Ale tak sobie myślę, że na wiele z nich mamy wpływ. Np. to że ja łącze studia z pracą to jest mój dobrowolny wybór, chociaż jest ciężko. To, że spędzam czas gotując zdrowe posiłki, zamiast kupować gotowe, to też moja decyzja, tak samo jak łapanie się dodatkowych projektów, czy zobowiązanie się do załatwienia tego, czy tamtego. Problem pojawia się wtedy, kiedy te wszystkie sprawy zaczynają się po prostu nawarstwiać, a nam wydaje się, że kompletnie z niczego, nie możemy zrezygnować…
      A zwykle możemy

  • Bardzo podoba mi się cytat Maxie C. Maultsby. Oddaje doskonale bezsens zamartwiania się na przyszłość. A wyjść z siebie zawsze warto, nie tylko by wyrzucić złe emocje, ale również po to by spojrzeć na własne życie z boku i sprawdzić, czy nam odpowiada.

    • Ten cytat to doskonały przykład tego, jak jedno zdanie może zmienić nasze myślenie i postrzeganie pewnych spraw

Dodaj komentarz