Ideał o wymiarach 90-60-90 nie istnieje. O ruchu #bodypositive

źródło: http://www.basedistanbul.com/all-woman-project-2/

Pomysł na ten wpis kiełkował w mojej głowie już od dawna. Zainteresowanie #ciałopozytywnością (polski odpowiednik ruchu #bodypositive), wizerunkiem kobiety w świecie mediów, szeroko pojętym feminizmem oraz presją, jaką środowisko wywiera na współczesne kobiety, pojawiło się już wiele miesięcy temu. Dziś wiem, że bez określonej wiedzy ciężko jest prawidłowo interpretować otaczającą nas rzeczywistość. Co przez to rozumiem? Na przykład sytuację w której kobieta nosząca przeciętny rozmiar M/L udaje się do popularnej sieciówki w poszukiwaniu nowej sukienki. Przegląda wieszaki, przymierza kilka ciuszków, wybiera jeden, a przy płatności zgarnia z lady gazetkę z wizerunkiem pięknej, młodej, szczupłej kobiety. Wracając do domu, przegląda w tramwaju magazyn wypełniony po brzegi stylizacjami dla kobiet o budowie ciała podobnej do jej sylwetki, a otwierając drzwi mieszkania, rzuca gazetę w kąt, odwiesza nową sukienkę do szafy i zabiera się za przygotowanie obiadu.

W związku z tym całym procesem zakupów, nie pojawiają się u niej żadne refleksje, i w  sumie nawet słusznie, bo przecież nie wystąpiło tu żadne zjawisko odbiegające od normy.

Tylko czy na pewno?

Załóżmy więc inną sytuację. Kobieta która nosi rozmiar XXXL, wybiera się po sukienkę do tego samego sklepu. Ze smutkiem przegląda wieszaki z ubraniami, których rozmiarówka nie wykracza poza europejską 40. Na twarzy ekspedientki dostrzega zniecierpliwienie, a gdy sięga po magazyn leżący na ladzie słyszy: “Przykro mi, ale chyba nic tutaj Pani dla siebie nie znajdzie”. Przechodząc przez galerię, ogląda wystawy sklepowe pełne ubrań w rozmiarzę XS zawieszonych na manekinach z nienaturalnymi proporcjami, i ostatecznie wraca do domu z pustymi rękami. Po zdjęciu płaszcza, ta sama kobieta staje przed lustrem i czuje się brzydka. Dlaczego? A własnie dlatego, że ciało w rozmiarzę XXXL odbiega, od przyjętych przez media, świat mody, prasę i społeczeństwo norm i standardów…

Odpowiednia interpretacja

Przykład jaki podałam powyżej jest totalnie wymyśloną historyjką, jednak w moim odczuciu tego typu sytuacje zdarzają się bardzo, bardzo często. Jeszcze jakiś czas temu, kompletnie nie zwróciłabym uwagi na to, że w sklepie rozmiarówka kończy się np. na rozmiarze 42 lub 44. Dzisiaj, strasznie mnie to wkurza, bo wiem jak bardzo kobiety różnią się między sobą, nie tylko wzrostem, kolorem włosów, ale przede wszystkim wymiarami bioder, biustu, ud czy talii. Odkąd zaczęłam interesować się wspomnianymi na wstępie zjawiskami i zachowaniami, zaczęłam zupełnie inaczej pojmować i rozumieć świat, który mnie otacza. To niesamowite, że dopiero całkiem niedawno, otworzyłam oczy na pewne kwestie i zaczęłam je interpretować w zupełnie odmienny sposób, niż kilka lat temu.

(poniższe zdjęcie pochodzi z kampanii marki Lonely, w której wzięly aktorki Lena Dunham oraz Jemima Kirk)

źródło: diary.lonelyheartslabel.com

Moje dorastanie

Chociaż tytuł brzmi tak, jakby wydarzyło się to co najmniej 30 lat temu, a ja byłabym aktualnie kobietą po czterdziestce, to zupełnie tak nie jest. Mam 24 lata i wciąż dojrzewam. Być może moje ciało już nie zmienia się tak gwałtownie jak w okresie gimnazjum czy liceum, ale cały ten proces nieustannie trwa. W tym momencie zachodzące u mnie zmiany dotyczą jednak nie tyle wyglądu zewnętrznego, co postrzegania siebie jako człowieka i kształtowania mojego światopoglądu.

Jakby na to nie patrzeć, czasy mojego biologicznego dojrzewania przypadły na “boom” związany z gwałtownym rozwojem mediów i Internetu. Godziny spędzane w sieci, ale też na czytaniu magazynów, czy oglądaniu telewizji i popularnych programów, zaowocowały tym, że w mojej głowie ukształtował się pewien określony kanon kobiecego piękna. Patrząc jednak z perspektywy czasu, zupełnie nietrafiony.

Szczupła sylwetka, długie włosy, makijaż, duże piersi, płaski brzuch, umięśnione pośladki, uśmiech i zadowolenie z życia. A pośród tego wszystkiego dorastająca młoda kobieta, która ma problemy z trądzikiem, przetłuszczającymi się włosami, wahaniami wagi i nastroju. O pojawiających się rozstępach nie mówił nikt, o szalejących hormonach również. Jedyne co się słyszało, to o tym, że to wszystko minie.

No i minęło.

W procesie dojrzewania najgorsze było nieustanne porównywanie się do innych, a z racji, że nikt nie mówił wtedy o #ciałopozytywnosci, to porównywanie dotyczyło konkurowania z wyidealizowanymi kobietami, o nienagannej sylwetce, cerze i urodzie. Nikt nie mówił mi wtedy, że rozmiar 34 jest tak samo okej, jak rozmiar 38, czy 40. Nie wiedziałam, że długie włosy są tak samo piękne jak te, ścięte na jeżyka, pełne biodra są fajne tak samo jak ich brak, zaś ciało to nie poszczególne, niepasujące do siebie elementy, ale pewna całość, która buduje moją osobowość.

Nikt nie mówił. A szkoda…

(„I’m ugly” autorstwa youtuberki Rachel Levin <można włączyć polskie napisy>)

Dzisiaj jest chyba nieco łatwiej… (a może jednak nie?)

… a to za sprawą tego, że coraz więcej się o tym wszystkim mówi. Świat mediów i reklamy zaczyna reagować na potrzeby społeczeństwa, które domaga się prawdy i naturalności. Kobiety coraz głośniej walczą o swoje prawa Są coraz lepiej wykształcone oraz wyedukowane, i nie mam tu na myśli ukończenia studiów, ale nauki o własnym ciele, seksualności i potrzebach. Media zaczynają pokazywać piękno kobiecego ciała w każdym rozmiarze. “Niedoskonałości” takie jak rude włosy, piegi czy znamiona na skórze stają się zaletami. Edukacja seksualna, w tym ta dotycząca świadomości własnego ciała, orientacji czy potrzeb powoli przestaje być tematem tabu. Kolejne kampanie społeczne, dotykają ważnych obszarów z życia kobiety, jednak wciąż mam ogromny niedosyt związany z ich znikomą ilością i małym rozgłosem…

Odpowiedni rozmiar ciała, to ten który akceptujesz

Kolejną głupotą wymyśloną przez media jest sylwetka idealna. Osoby o rozmiarach 34 lub mniej nazywane są anorektyczkami, szkieletami czy kościotrupami, zaś te, powyżej rozmiaru L czy XL traktowane są jako osoby z nadwagą, grube, otyłe. Takie popadanie ze skrajności w skrajność sprawia, że za “normalne” rozmiary przyjmuje się te oscylujące w okolicy europejskiej 38… co oczywiście jest kompletną głupotą i idiotyzmem.

Ci którzy oceniają sylwetkę innych osób, zwykle robią to w sposób niezwykle złośliwy i okrutny. Jak jesteś “chuda” to znaczy, że nic nie jesz, a jak jesteś “gruba” to znaczy, że jesz za dużo. Prawda jest jednak taka, że na rozmiar ciała wpływ ma nie tylko jedzenie, ale też choroby, stres, sposób życia, uwarunkowania genetyczne, wiek, rodzaj aktywności fizycznej… oraz szereg wielu innych, znaczących czynników, których nie widać na pierwszy rzut oka. Naprawdę,

Był w moim życiu taki moment, że za odpowiedni rozmiar ciała uznawałam właśnie to wspomniane S/M.  Wydawało mi się, że wszystkie kobiety mieszczące się w tym rozmiarze są zadowolone ze swojej sylwetki i dobrze wyglądają w większości fasonów spodni, sukienek, koszul itp. Dziś wiem, że dobry wygląd nie zależy od rozmiaru, ale wyłącznie od akceptacji własnego ciała. Jeśli mi osobiście podoba się to jak wyglądam, to znaczy że wyglądam pięknie. To niesamowite jak kobieta zmienia się w momencie, kiedy po prostu się uśmiecha i z czułością patrzy na swoje odbicie. Jednak droga do akceptacji własnego wyglądu jest naprawdę długa, a swój początek ma w najmłodszych latach.

(kampania The All Woman Project promująca różnorodność i naturalny wygląd kobiecego ciała) 

Czym więc jest ruch #bodypositive?

To nauka AKCEPTACJI własnego ciała, które nie jest IDEALNE, bo takie naprawdę nie istnieją. Świat oglądany przez pryzmat mediów, przepuszczany jest przez dziesiątki filtrów, photoshopa oraz sztab specjalistów od wizerunku. W prawdziwym życiu (a tylko takie ma znaczenie) jest miejsce na nadprogramowe kilogramy, niedowagę, mały biust, rozstępy, duży biust, nierówne piersi, włosy na nogach, wystające kości, przerwy między zębami, piegi na całym ciele, pieprzyki w dziwnych miejscach czy odstające uszy.

Błędnym myśleniem jest zakładanie, że #bodypositive wiąże się z lenistwem czy brakiem szacunku i dbałości o ciało. Ruch ten jest promocją zdrowego i rozsądnego podejścia do kwestii własnego ciała, które ulega nieustannym zmianom, od narodzin aż do samej śmierci. Nie jest promocją ani otyłości, ani anoreksji. Nie jest protestem przeciwko malowaniu się czy noszeniu modnych ubrań,

Jest raczej odpowiedzią na wyidealizowany świat mediów, poszukiwaniem prawdy i autentyczności, oraz lekcją pokochania własnego ciała. No i to w tym wszystkim jest najważniejsze.

 

 

 

 

Nie bądź samolubem i podziel się z innymi:

9 Komentarzy

  • Jestem szczupłąo osobą i mam ten sam problem co osoby o rozmiarze 44…nic na mnie nie pasuje, wszystko spada. Mimo tego że jestem chuda, to mam duże biodra i spodnie mniejsze nie wchodzą na mnie, a spodnie większe, które dobrze leżą na biodrach to są za długie. Mam wrażenie,że producnci marek, projektują ubrania na manekin, a nie na kobiety, które mają kształty. Bardzo serdecznie pozdrawiam i zapraszam na mój blog ❤️

  • Bardzo mądry wpis 🙂 Zresztą często kobiety, które mają różne defekty kochają swoje ciało i emanują niezwykłą pewnością siebie przez co są lepiej odbierane przez otoczenie 🙂

    • Dokładnie tak! To niesamowite w jaki pokrętny sposób działa kobiecy mózg :O

  • Kluczem do każdego rodzaju szczęścia jest polubienie samej siebie i masz rację, że obecny świat często nam w tym przeszkadza. To ogromnie ważny temat, trzeba o nim mowić jak najwięcej !

    • Plan jest taki, żeby na blogu pojawiało się coraz więcej tego typu treści 🙂

  • Samoakceptacja jest najważniejsza, niewielu to potrafi, zwracasz tu uwagę na bardzo ważne aspekty i przede wszystkim na to co najważniejsze, realne życie:)

Dodaj komentarz