Galeria handlowe od zawsze kojarzyły mi się z wakacjami. Uwielbiałam polowania podczas letnich wyprzedaży oraz powroty do domu z reklamówkami pełnymi „skarbów”. Chociaż na co dzień ubrania kupowałam dość oszczędnie, czyli wtedy gdy czegoś potrzebowałam, na wakacjach lubiłam nieco „poszaleć”. Nie byłam w tym sama bo podczas całodniowych wypadów do galerii zwykle towarzyszyły mi przyjaciółki lub mama z siostrą. Gdy wyprowadziłam się z domu i przeniosłam do Krakowa wypady do galerii stały się częstsze. Okazało się, że poza sezonowymi wyprzedażami są jeszcze inne – międzysezonowe. Tym samym zakup taniego ciucha w promocyjnej cenie stał się czymś ogólnodostępnym i normalnym. 

Zostałam wychowana w poczuciu, że ubrania trzeba szanować i o nie dbać. Jeszcze w czasach szkolnych miałam szafę podzieloną na ubrania wyjściowe oraz te, które nadawały się do chodzenia wyłącznie po domu. Nigdy nie cierpiałam na nadmiar ubrań. Rodzice nie spełniali wszystkich moich zachcianek. Zwykle na wymarzone spodnie czy bluzkę musiałam sobie po prostu oszczędzić. Dziś uważam, że to bardzo rozsądne podejście, które uczy odpowiedzialnego gospodarowania wydatkami oraz samej wartości pieniądza, no ale dziś nie o tym. Wracając więc do mojej przeprowadzki do Krakowa muszę się przyznać, że we mnie samej również coś się wtedy zmieniło. Otoczona dziesiątkami pięknych i modnie ubranych dziewczyn, sama zapragnęłam stać się jedną z nich. Nie myślcie jednak, że  popadłam w zakupoholizm – po prostu nie było mnie na to wówczas stać (sami rozumiecie, że ze studenckiego budżetu ciężko wyłuskać pieniądze na extra wydatki). Obiecałam sobie jednak, że jak tylko osiągnę pełną niezależność finansową i nie będę musiała martwić się o pieniądze, będę kupować sobie wszystko o czym tylko zamarzę. Wypełnię szafę modnymi sukienkami, swetrami, dziesiątkami butów i torebek. Naiwnie myślałam, że jest to coś co zagwarantuje mi nie tylko pewność siebie, ale przede wszystkim prawdziwe szczęście i poczucie luksusu.

Zanim jednak dotarłam do tego etapu, zaczęłam dostrzegać świat takim jaki jest. Niestety, zajęło mi to naprawdę dużo czasu. Latami nie widziałam niczego złego w konsumpcjonizmie który nas otacza, w ogromnej ilości towarów, które wypełniają wszystkie sklepy, w świątecznych czy sezonowych wyprzedażach oraz w coraz niższych cenach produktów. No bo patrząc na to zupełnie z boku, to wszystko może wydawać się naprawdę kuszące. Tanie ubrania, kosmetyki, elementy wystroju mieszkań, urządzenia elektroniczne oraz żywność. My jako społeczeństwo – zarabiamy coraz więcej i coraz chętniej konsumujemy. Wydajemy zarobione pieniądze na rzeczy, które sprawiają nam przyjemność oraz podnoszą komfort życia. Przecież reoretycznie nie robimy niczego złego….

W rzeczywistości jednak karmimy ogromne korporacje, przyczyniamy się do dewastacji planety i zgadzamy się na łamanie praw człowieka

Myślę, że dzisiejsze społeczeństwo unika ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny, chociażby za to co przemysł odzieżowy robi z naszą planetą. Spokojnie, jeszcze kilka miesięcy temu sama niewiele o tym wiedziałam. To co otworzyło mi oczy w pierwszej kolejności to dokument, który KAŻDY KONSUMENT MUSI ZOBACZYĆ. Uważam, że tłumaczenie „nie lubię oglądać smutnych rzeczy”, „nie mogę na to patrzeć” lub co gorsza „mnie to nie dotyczy” jest niewłaściwe. Zobaczcie więc zwiastun tego dokumentu a zrozumiecie o co mi chodzi:

„The True Cost” to dokument, który powstał w 2015 roku. Porusza kluczowe zagadnienia z obszaru produkcji odzieży na całym świecie. W sposób rzetelny i momentami bardzo drastyczny pokazuje proces powstawania ubrań od produkcji włókien, aż po moment w którym trafiają one do klientów. Jest to dokument bardzo ważny, pokazujący nie tylko skalę przemysłu odzieżowego oraz zniszczeń planety, które są jego skutkami, ale pokazujący również nierówności klasowe na świecie oraz wyzysk ludzi w naprawdę trudnej sytuacji materialnej. 

„The True Cost” Moja refleksja 

Nie będę ukrywać, że produkcja ta poruszyła mnie bardzo mocno. Należę do osób bardzo wrażliwych, zwłaszcza na krzywdę drugiego człowieka. Przejmuje się losami naszej planety i przyszłych pokoleń. Tym bardziej boli mnie fakt, że również przyczyniłam się do aktualnej sytuacji świata, chociaż zupełnie nieświadomie. Nie ma co się oszukiwać, to własnie konsumenci napędzają tę niechlubną machinę biznesu. W skrócie – im więcej konsumujemy, tym zwiększamy produkcję. Tylko czy nowa para spodni naprawdę jest  tego warta?

Jako społeczeństwo doszliśmy do takiego etapu, że właściwie niczego nam nie brakuje. Mimo to, wciąż chcemy kupować coraz więcej i więcej. Do naszych szaf trafiają dziesiątki ubrań „na jedną okazję” oraz ubrań, których nigdy nawet nie założymy. Co sezon kupujemy nowe ubrania, chociaż te z zeszłego roku są wciąż w dobrym stanie. Wydajemy pieniądze na odzież fatalnej jakości. Kupujemy i wyrzucamy nie myśląc o tym, że jesteśmy ogniwem  długiego łańcucha, który krok po kroku niszczy naszą Ziemię.

Muszę przyznać, że od kiedy obejrzałam „The true cost” a było to kilka miesięcy temu, nie kupiłam żadnej rzeczy (oprócz butów), która pochodziłaby z sieciówki. W pierwszej kolejności przejrzałam swoją szafę i zdziwiłam się tym, jak dużo fajnych ubrań już mam. Część wymieniłam ze znajomymi, zyskując nowe „perełki”. Oddałam do pani krawcowej kilka rzeczy wymagających drobnej naprawy i przerzuciłam się na ubrania z secondhandów (do których również trzeba chodzić z głową!). Wiem, że pewnie nie raz kupię ubranie z „normalnego” sklepu, jednak wybieram już rozsądniej. Zwracam uwagę na skład materiałów oraz na miejsce ich produkcji. Wolę wydać więcej na jedną, dobrej jakości rzecz, zamiast kupować coś, co po jednym sezonie będzie do wyrzucenia. Po prostu podchodzę do tematu rozsądniej i świadomie. 

Niewiedza

Wiem, że postępowanie ludzi wynika najczęściej z niewiedzy. Przecież nikt głośno nie mówi w jakich warunkach szyte są nasze ubrania, jakie wynagrodzenie dostają szwaczki lub z jakimi chorobami muszą mierzyć się Ci, którzy zajmują się farbowaniem odzieży lub produkcją obuwia. To normalne, że ogromne korporacje zatajają te wszystkie fakty w obawie przed tym, że stracą klientów. Niestety, przemysł odzieżowy wygląda WŁAŚNIE TAK JAK NA FILMIE a my nie możemy się na to godzić!

Bo przecież oprócz samego procesu produkcji, przemysł odzieżowy obciąża środowisko jeszcze w inny sposób. Miliony ton ubrań zalegają na wysypiskach. Wyprodukowane z poliestru lub innej sztucznej „tkaniny” na rozłożenie się potrzebują setek lat. W procesie rozkładu cząsteczki mikroplastiku wnikają do naszej gleby, zanieczyszczając również wody gruntowe! Wysypiska zajmują ogromne przestrzenie. Z roku na rok, ubrań przybywa, a one niestety nadają się do ponownego przetworzenia ani bezpiecznej utylizacji.

Mamy problem. Ogromny kryzys systemu, który wymaga całkowitej rewolucji!

Czy jest więc coś, co możemy zrobić „na już”? Pewnie że tak! Oto kilka propozycji zmian, które można wprowadzić od razu! 

  • Czytanie metek! Zwracajcie uwagę nie tylko na skład ubrań (wybieraj jedwab, bawełnę, wełnę, len, włókna konopi.,) ale również na miejsce produkcji! (Polecam wspieranie lokalnych marek i biznesów.) Zapoznanie się z metką jest ważne również przed praniem czy prasowaniem – może uchronić ubranie przed zniszczeniem.
  • Kupuj tylko to, czego naprawdę potrzebujesz. I nie chodzi tu o moment kiedy widzisz na witrynie nową sukienkę i czujesz że musisz ją mieć! Jeśli potrzebujesz płaszcza na zimę – szukaj płaszcza, jeśli nowej pary spodni – skup się tylko na tym. W szale zakupów bardzo często zapominamy o tym, po co tak naprawdę przyszliśmy. W efekcie robimy nieprzemyślane zakupy i często, zupełnie zbędne.
  • Unikaj sezonowych wyprzedaży. Własnie podczas nich najczęściej kupujemy dużo niepotrzebnych ubrań, wspierając tym samym przemysł odzieżowy. Kupujemy 3 bluzki zamiast 1 (bo w pakiecie taniej), dobieramy sweter do spodni (w zestawie bardziej się opłaca) i rzucamy się na wieszaki z napisem -70%.
  • Unikaj dużych centrów handlowych. Piękne wystawy kuszą najnowszymi kolekcjami. I ja wiem, że te ubrania wyglądają pięknie i nie raz sama mam ochotę skusić się na nowy zakup…. ale uczę się z tym walczyć. W sumie odkąd przestałam chodzić do galerii, przestałam również odczuwać ochotę na zakup nowego swetra itp. Chyba coś jest w powiedzeniu „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” 🙂
  • Wybieraj etyczne marki, ale nie szukaj ich w galeriach handlowych…  Są to zwykle małe butiki i sklepy o lokalnym zasięgu (wiele z nich znajdziesz w internecie). Kupując w takich miejscach wspierasz lokalnych przedsiębiorców. Zanim jednak zdecydujesz się na zakup zapoznaj się z informacjami o firmie, poczytaj skąd pozyskuje materiały oraz czy ubrania szyje w Polsce.
  • Naprawiaj, przerabiaj ale nie wyrzucaj! Wiele ubrań wymaga jedynie drobnej korekty czy „liftingu” poprzez naszycie naszywek, skrócenie itp.
  • Wymieniaj się! Co ty na to, żeby zrobić razem z koleżankami zrobić wymianę ubrań?! Na pewno każda z Was ma w szafie rzeczy zupełnie niezniszczone, ale w których nie chodzi. Może spodobają się Twojej przyjaciółce? Taki obieg ubrań jest naprawdę fajną sprawą! W ten sposób możesz w sposób etyczny pozbyć się zalegających w szafie ubrań i nabyć nowe, nie wydając ani złotówki!

Oczywiście istnieje więcej sposobów na bardziej etyczne zakupy lub działania ekologiczne, ale na dzisiaj tyle wystarczy. Nie chcę zarzucić Cię zbyt dużą ilością informacji na raz. Z pewnością temat etycznej mody, przemysłu odzieżowego pojawi się u mnie na blogu jeszcze wiele razy 🙂

PS: Będzie mi miło jeśli pozostawisz po sobie komentarz! 🙂

Nie bądź samolubem i podziel się z innymi:

2 komentarze

  1. Świetny pomysł na wpis! W 100% się zgadzam. Od dłuższego czasu przestałam już kupować w sieciówkach. Albo lokalne sklepy albo ciuchlandy. Dodatkowym atutem jest to, że masz unikatowe ubranie w bardzo przystępnej cenie:)

    1. Author

      I oby takich osób jak Ty czy ja było coraz więcej! 🙂 PS: secondhandy są super!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *