Podliczanie porażek i sukcesów, podsumowywanie osiągnięć, rozliczanie się z realizacji postanowień i planów oraz robienie kolejnych, to klasyczne zakończenie roku, z którym przychodzi nam się mierzyć średnio co 365 dni. Nawet jeśli nie lubimy lub nie chcemy tego robić, to podświadomie czujemy, że powinniśmy – skoro zrobili to wszyscy nasi najlepsi znajomi, współpracownicy, partner czy partnerka a nawet babcia i rodzice.

Presja rośnie. 

Bo już nawet nie chodzi o sam fakt rozliczania się ze sobą, ale o efekt tych rozliczeń. Nie wypada przecież chwalić się porażkami (choć tych w życiu zwykle nie brakuje), ale co robić kiedy sukcesów jak nie było, tak nie ma. A coś w tym podsumowaniu uwzględnić trzeba.

Presja rośnie. 

Bo nagle okazuje się, że podsumowanie robią już nie tylko ludzie z naszego otoczenia, ale również Ci znani, których kojarzymy z telewizji lub internetu.

Presja rośnie.

No i siadamy zwykle na koniec roku, lub zaraz na jego początku, próbując przelać na papier wszystko to co się wydarzyło i co można by zakwalifikować do kategorii: „niezwykłe osiągnięcia”

Presja rośnie.

No i wychodzi nam, że ostatnie 365 dni poświęciliśmy pracy, nauce i bliskim. Być może gdzieś wyjechaliśmy, ale nie tak żeby zwiedzać cały świat. Wzięliśmy kredyty lub w końcu udało nam się je spłacić. Kupiliśmy mieszkanie lub je sprzedaliśmy, na rzecz domu na wsi. Może zaadoptowaliśmy psa lub kociaka. Urodziło nam się dziecko, albo dorosło na tyle, że opuściło dom rodzinny. Spędziliśmy wiele godzin oglądając dobre filmy lub kiepskie seriale. Czytaliśmy książki i przesadzaliśmy kwiaty. Oddawaliśmy się pasjom, lub kolejny rok szukaliśmy swojego hobby. Traciliśmy pracę i jej szukaliśmy. Jedliśmy dobre rzeczy. Czasem chorowaliśmy. Jeździliśmy rowerem lub samochodem. Kąpaliśmy się w morzu albo w wannie. Płakaliśmy lub śmialiśmy się do łez. Oddychaliśmy i w tym oddychaniu, nie zobaczyliśmy niczego niezwykłego.

Żyliśmy codziennością, a próbując podsumować rok, nie potrafiliśmy w tej codzienności dostrzec czegoś dobrego, wciąż szukając sukcesów i osiągnięć. Najlepiej spektakularnych i przełomowych.

Takich, których pozazdrościliby nam inni…


I wiecie co?

Dla mnie największym osiągnięciem 2019 nie jest ukończenie studiów, napisanie pracy magisterskiej, ślub czy odkrycie swoich pasji, ale ZROZUMIENIE, że ja już nie chce brać udziału w tym wyścigu, jaki fundujemy sobie na własne życzenie, i presji jaką na siebie przy okazji nakładamy. Nie podoba mi się to, jak bardzo chcemy dorównywać innym i jak często czujemy się gorsi, tylko dlatego że coś nam nie wychodzi. Znam ten wstyd, kiedy ktoś pyta Cię o pracę, zarobki, plany na wakacje czy kupno mieszkania, a Ty nie wiesz co odpowiedzieć. Przecież czasami coś się nie układa i nie mamy na to wpływu. To niezrozumienie ze strony otoczenia, pojawia się często kiedy chcemy żyć po swojemu. I chociaż mamy zupełnie inne systemy wartości niż nasi znajomi, przyjaciele, rodzina – czujemy się gorsi tylko dlatego, że robimy coś inaczej. Wstydzimy się przyznać do tego, że lubimy swoje proste i zwyczajne życia, bojąc się oceny…


W obliczu tego wszystkiego co dzieje się na świecie, głęboko wierzę w to, że codzienność i proste rzeczy mają znaczenie! Ba! Są one bardziej wartościowe, niż pieniądze całego świata razem wzięte. Do szczęścia nie trzeba nam wielu rzeczy. Wystarczy czyste powietrze, spokój i towarzystwo.

Tego życzę Wam (i sobie) na ten 2020.

Mniej zmartwień, a więcej satysfakcji z codzienności.

Nie bądź samolubem i podziel się z innymi:

1 komentarz

  1. Od dawna jestem zdania, że nie warto sobie nakładać ogromnej presji. I tak koniec końców okaże się, że rok jednak nie był zmarnowany 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *