Obudź w sobie dziecko

Społeczeństwo można podzielić na dwie grupy. Na tych, którzy wiedząc, że muszą coś zrobić, po prostu to robią, oraz na tych, którzy myśląc o konieczności zrobienia czegokolwiek, tworzą w głowie szczegółowe studium przypadku, analizują wady i zalety każdego możliwego posunięcia a ostatecznie poddają się i wycofują z pola walki z myślą – jakoś to będzie. Z ciężkim bólem serca przyznaję się, że należę do tej drugiej grupy ludzi. Wszędzie widzę potencjalne porażki. Podjęcie jakiejkolwiek decyzji jest dla mnie szalenie trudnym zadaniem, a wysiłek włożony w cały ten proces, przypomina przebiegnięcie maratonu.

Ostatnio coraz częściej łapie się na tym, że popadam z jednej skrajności, w kolejną. Bywam niepoprawną optymistką, by chwilę później stać się przykładną pesymistką. Jednego dnia buduję w swojej głowie niecny plan, który pozwoli na ogarnięcie mojego życiowego bałaganu, by drugiego wyrzucić wszystkie pomysły do śmietnika.

Szalenie zazdroszczę tym, którzy chcąc zmienić swoje życie, po prostu to robią. Z dnia na dzień rzucają czekoladę na rzecz sałaty i pomidora, zmieniają pracę i rozkręcają biznes, albo pakują swój dobytek do plecaka i ruszają w świat, by zwiedzać, robić zdjęcia i czerpać z życia garściami.

Zdawać by się mogło, że żyjemy w czasach nieograniczonych możliwości. Tymczasem, największą przeszkodą w realizacji marzeń jesteśmy, my sami. Narzucając sobie zbyt duże wymagania, porównując się z innymi, którym się udało, a co najgorsze analizując nieustannie swoje potknięcia, jesteśmy skazani na porażkę. I to nie dlatego, że los nam nie sprzyja, planety mają niekorzystny układ albo znowu wstaliśmy z łóżka lewą nogą. Otóż dzieje się tak, ponieważ wiarę we własne możliwości zamieniliśmy (nazywając rzeczy po imieniu), na użalanie się nad sobą.

Lubię wracać wspomnieniami do dzieciństwa. Był to czas, kiedy mówiło się: mogę, wiem, chcę, spróbuję, dam radę, zacznę od nowa. Niestety, wraz z upływem lat, zaczęliśmy zastępować je słowami: nie chce mi się, nie ma sensu, nie warto, po co się starać.

Szalenie to smutne. To tak jakby dorastanie pozbawiało nas tych najlepszych cech, które posiadaliśmy jako dzieci. Cierpliwość, dokładność i chęci, pozwalały nam na budowanie wieży z klocków od nowa, kiedy jedna rozpadała się z hukiem, na malowanie kolejnego obrazka, jeśli nie byliśmy zadowoleni czy na naukę jazdy rowerem, podczas gdy kolana były zdarte do krwi.

Gdyby nie upór, który posiadaliśmy jako dzieci, być może nie nauczylibyśmy się mówić, chodzić ani pisać. Nie wiedzielibyśmy też, jak obsługiwać komputer, ani o co chodzi w dodawaniu. Wszystko co umiemy na obecnym etapie życia, nie wzięło się znikąd, ale tak naprawdę wymagało ogromnego wkładu naszej pracy, a przede wszystkim chęci.

Może więc zamiast gnać na oślep w stronę dorosłości, potykając się o kamienie naszych codziennych wyborów, obudźmy w sobie dziecko, zjedzmy gofry z bitą śmietaną i bez zbędnego zastanawiania się nad sensem działajmy!


Nie bądź samolubem i podziel się z innymi:

3 Komentarze

  • To prawda. Nie potrafimy już doceniać i cieszyć się z małych rzeczy. Ciągle biegniemy za czymś więcej….

  • Tego mi bylo trzeba!
    Dlaczego jako dorośli tak bardzo wyolbrzymiamy wszystkie, a zwlaszcza te najmniejsze, codzienne problemy?
    Przecież nie warto. Już jako dzieci wiedzieliśmy, że jedyną drogą do celu i szczęścia jest działanie.
    Zgadzam się z Tobą w 100%.
    OBUDŻMY W SOBIE DZIECKO :)!!!

    • Wyolbrzymiamy problemy bo jesteśmy straszliwie pogubieni… Kiedyś smak gumy balonowej i waty cukrowej był definicją szczęścia, a dzisiaj szukamy tego wyłącznie w rzeczach wielkich. A szkoda

Dodaj komentarz