Za co kocham festiwale muzyczne i koncerty?

Na Open’era w tym roku nie dotarłam. W zeszłym również. Ani w żadnym innym, wcześniejszym. Żałuję bardzo, mając jednocześnie nadzieję, że w końcu uda mi się tam pojechać. Namiastkę festiwalowej atmosfery na bieżąco serwowali mi za to, znajomi, facebookowicze, instagramowicze oraz cały Internet, który trąbił o tym na prawo i lewo. Przyznam szczerze, że wewnętrzna zazdrość zakiełkowała gdzieś tam w serduchu, zwłaszcza kiedy urywkami podglądałam koncerty ukochanych wykonawców, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego nie ma mnie gdzieś tam, pod sceną.

A być powinnam, tak sądzę…

Uwielbiam chodzić na koncerty, chociaż przekonałam się o tym, będąc dopiero w liceum. Wtedy też pojechałam na pierwszy festiwal rockowy, z namiotem na plecach, śpiworem i pasztetem podlaskim w plecaku. Doświadczenie, jakim było te kilka dni, z nocami spędzanymi pod gołym niebem, koncertami do rana, poznaniem dziesiątek osób, których twarzy już nie pamiętam, wypiciem litrów taniego (bardzo taniego wina) oraz cudowną atmosferą, jakiej nie da się podrobić, sprawiło, że zakochałam się po uszy w muzyce “na żywo”. Zwłaszcza kiedy usłyszałam na scenie tych wszystkich wykonawców, którzy dzień w dzień, towarzyszyli mi w drodze do szkoły, śpiewając mi wprost do ucha, przez ulubione różowe słuchawki.

To były czasy!

Do dziś wspominam te kilka festiwalowych wyjazdów z uśmiechem na ustach i łezką w oku. I chociaż w ostatnich latach ciężko mi już takie wypady zorganizować, bo praca, nauka i inne #superważnesprawydozrobienia, to miłość do koncertów pozostała i do dziś, kiedy tylko mogę, biegnę posłuchać ulubionych artystów na żywo. I powiem Wam, że cholernie warto!

To jedyny sposób, by poczuć ciarki na plecach, podczas słuchania kolejnych kawałków, zobaczyć swoich ulubieńców z bliska, nieraz niemal na wyciągnięcie ręki, przybić z nimi piątkę, zrobić zdjęcie, no i po prostu by wczuć się w cały ten klimat jaki towarzyszy koncertom…

Jeśli chodzi o festiwale…

Chociaż zdarzyło mi się być tylko kilka razy na Festiwalu Rockowym w Cieszanowie, oraz na krakowskim Life Festivalu, to mogę śmiało powiedzieć, że WARTO to przeżyć i zobaczyć na żywo. Wiem, wiem… żaden ze mnie weteran, który by rok w rok odhaczał wszystkie największe festiwale w Polsce, ale jakieś tam pojęcie już mam, no i obraz czego można się spodziewać też. No a czego można się spodziewać po kilkudniowym wyjeździe pod namiot, wraz z muzyką i dobrymi ludźmi?

A no, samych dobrych wspomnień. Magii. Radości. Beztroski. Wolności. Bycia sobą na 100%. Luzu… Po prostu kulminacji samych pozytywnych odczuć, które całkowicie eliminują drobne niedoskonałości (takie jak np. ulewny deszcz w środku nocy, kolejki do toalet czy inne takie …). Poznania masy naprawdę cudownych ludzi, którzy są zdolni podzielić się ostatnią złotówką, papierosem czy kanapką z pasztetem.

Cieplutko robi mi się na sercu, kiedy przeglądam stare zdjęcia z wyjazdów, kiedy wspominam wszystkie śmieszne sytuacje lub kiedy puszczam na YT piosenki, kojarzące mi się z konkretną chwilą….

Co więcej?

Podczas takiego wyjazdu człowiek uczy się, że można umyć się w przysłowiowym “kubku zimnej wody”, jeść przez kilka dni same niezdrowe rzeczy, popijając je piwem i NIE UMRZEĆ (od nadmiaru cukru, soli, tłuszczu i glutenu), nie spać prawie wcale, a nadal mieć dużo energii, skakać przez kilka godzin na koncercie, z przerwą na siusiu by dalej skakać pod sceną. Łapać moc pozytywnych wibracji, od spotykanych ludzi. Czuć bardziej. Cieszyć się z  małych rzeczy (jak np. czysta i sucha skarpetka znaleziona w plecaku), no i żyć po prostu, zostawiając zmartwienia gdzieś daleko za sobą… I chociaż te wszystkie festiwale z roku na rok, zmieniają się coraz bardziej (#wiadomo, w dobie Internetu, instagramów, videovlogów, relacji, bycia fit i vege, eco itp), to miłość do muzyki pozostaje niezmienna. A miłość nie od dziś, łączy ludzi…

Moja alternatywa

Z racji, że kilkudniowe wyjazdy bywają trudne do zorganizowania, alternatywnie, kiedy tylko mogę chodzę na koncerty ulubionych zespołów. Mieszkam w Krakowie, a w tym mieście, tego typu wydarzeń nie brakuje. Zwłaszcza w okresie juwenaliowym, kiedy za grosze, można posłuchać naprawdę dobrych artystów….  

Minusem, który najczęściej mnie stopuje, kiedy waham się czy kupić kolejny bilet, jest jego cena. Tu niestety z roku na rok, zauważam, że ceny rosną jak szalone, już nie tylko na koncerty zagranicznych, ale również rodzimych wykonawców. Z racji jednak, że jak do tej pory, nie zawiodłam się na żadnym koncercie, uważam, że dobrze zainwestowałam te mniejsze lub większe kwoty… a wspomnienia, jakie ze sobą przynoszę, są właściwie bezcenne.

Nie rozumiem

Przyznaję się bez bicia, że czasami nie rozumiem tych osób, które nie lubią chodzić na koncerty (a znam takich całkiem sporo). Kiedy ktoś tłumaczy mi się słowami: przecież mogę posłuchać tego samego w Internecie i to ZA DARMO, przewracam oczami i nie wiem co powiedzieć. No pewnie, że można odpalić YouTube, ale to NIGDY nie będzie to SAMO. Dla mnie istotna jest również cała ta otoczka, która towarzyszy koncertom na żywo, i której nie można doświadczyć, ze względu na barierę szklanego ekranu…. no ale jak to mówią. Dla każdego, coś innego. Akceptuje więc tę postawę, i przebieram nogami na myśl, że mam też obok siebie ludzi, którzy uwielbiają wychodzić na koncerty, tak samo jak ja. Bo najfajniejsze w tym wszystkim jest właśnie to, że mogę z drugim człowiekiem przeżywać to samo. Skakać. Szaleć. Złapać się za rękę, lub po prostu przytulić.

W rytm muzyki.

Słuchając bicia serc (albo basów płynących z głośników)

Co kto woli 🙂

Nie bądź samolubem i podziel się z innymi:

Dodaj komentarz